poniedziałek, 25 maja 2015

Leżajsk

Odkąd zaczęłam pisać bloga nie pojawił się na nim jeszcze żaden post z Polski. Postanawiam to zmienić i dodawać co jakiś czas polskie miejsca z dala od utartych szlaków. Dzisiaj jedno z nich.

Z pewnością mało kto wie, że na Podkarpaciu leży miasto, do którego każdego roku ciągną ortodoksyjni Żydzi z całego świata. Leżajsk bo o nim mowa jest miejscem, w którym pochowany został cadyk Elimelech - jeden z wybitnych przedstawicieli chasydyzmu - mistycznego ruchu zakorzenionego w judaizmie. Co roku w jarcajt czyli rocznicę jego śmierci tłumy gromadzą się by modlić się przy jego grobie.

Dotarcie na miejsce w rocznicę śmierci stanowiło nie lada wyczyn. Razem z koleżanką wyruszyłyśmy pociągiem z Poznania do Rzeszowa. Po drodze miałyśmy przesiadkę we Wrocławiu i w Krakowie. Wykończone po całej nocy dotarłyśmy do Rzeszowa. Dalej ponad godzinę jechałyśmy autobusem do docelowego Leżajska. 

Po drodze pytam się kierowcy czy orientuje się czy Żydzi już przyjechali. Mówi mi, że tak po czym dodaje, że przyjeżdżają tu raz do roku ale chociaż mieszka w tych okolicach to nie bardzo wie po co tutaj przyjeżdżają! Chyba byłam pierwszą osobą, która go uświadomiła. 

Większość Żydów przyjechała własnymi zorganizowanymi środkami transportu: autobusami i samochodami. Ci co przybyli zostawali najczęściej parę godzin i wracali. Chociaż przybywają tłumy miasto praktycznie nie ma z tego żadnych korzyści finansowych. Żydzi spożywają jedynie jedzenie koszerne czyli zgodne z zasadami religijnego prawa żydowskiego. W praktyce wyglądało to tak, że Żydzi przyjechali z własnym prowiantem i nawet... własną wodą. 

Do ohelu - żydowskiego grobowca ustawiały się kolejki. Mężczyzni osobno, kobiety osobno. Tylko jednak mężczyzni mają możliwość by modlić się w pomieszczeniu gdzie jest nagrobek. Kobiety nawet nie mogą na niego patrzeć. Wszyscy tego dnia oprócz modlitw piszą na kartkach swoje prośby. Wierzy się bowiem, że tego dnia cadyk Elimelech schodzi na ziemię i zanosi prośby do Boga. 

Tlumy wiernych gromadza sie rowniech na tylach ohelu gdzie znajduje sie cmentarz zydowski z dosyc dobrze zachowanymi inskrypcjami na niektorych nagrobkach. Dodatkowo na kilku macewach dostrzec mozna symbole zydowskie. Glownie sa to swiece (upamietniajace miejsce pochowku  kobiety)







część ohelu przeznaczona dla kobiet; za zasłoną znajduje się grób cadyka

cmentarz żydowski
ohel

poniedziałek, 4 maja 2015

Wielka Brytania: Kornwalia

Konwalia to jedno z  tych  urokliwych miejsc, które przynajmniej raz w życiu trzeba zobaczyć. Dojazd tam jednak  to nie lada wyprawa. Dopiero po dwóch latach mieszkania w Londynie udało mi się tam dotrzeć. Podróż z Londynu w zależności od środka transportu i miejsca docelowego zajmuje od 5-8h. Najszybciej dotrzeć można pociągiem, ten jednak jest kosmicznie drogi i nawet samych Brytyjczyków często na niego nie stać. Z autobusami jest dużo lepiej jednak nie docierają one do wszystkich miejscowości i często trzeba przesiadać się na autobusy lokalne. Te jednak często kursują jedynie kilka razy w ciągu dnia. Najlepszym rozwiązaniem jest samochód. Ja niestety nie mam prawa jazdy i musiałam jechać pociągami i autobusami. 

Z Londynu nocnym autobusem pojechałam do Plymouth. Po 6h jazdy o 5 15 rano byłam na miejscu. Dworzec mnie zaskoczył - niestety negatywnie. Przypominał mi stare dworce, które czasem można jeszcze spotkać w Polsce. Nie było żadnej poczekalni aby można było schronić się przed zimnem. Jedynym rozwiązaniem była czerwona budka telefoniczna, do której weszłam by trochę się ogrzać czekając na następny autobus do Penzance, który miałam po 6 rano. Nie był to jednak dobry pomysł. W budce czuć było tylko jedno - odrażający zapach moczu. Nie ma się co dziwić bo toalety działają tylko w określonych godzinach. Jedyne co mogłam zrobić to ruszyć na krotki spacer by nie czuć zimna. 

Po powrocie czekał już autobus. Po 2h byłam na miejscu. Ruszyłam w kierunku do St Michael's Mount malutkiej wysepki, która przypomina Mt St Michel we Francji. Droga częściowo prowadzi chodnikiem a częściowo brzegiem morza. Wyspę można zwiedzać wstęp jednak jest płatny.

Wracam do Penzance i zwiedzam miasteczko. Urokliwy jest port, który znajduje się przy samym dworcu autobusowym i dworcu kolejowym. Niedaleko znajduje się główna ulica ze sklepami. To co zaskakuje to wiek mieszkańców. Miałam wrażenie,  ze średnia wieku to 70 lat! Młodych ludzi nie widać wcale. Samo miasteczko tez wygląda jakby czasy świetności miało już za sobą. Mój kolega z pracy, który pochodzi z Kornwalii sam przyznaje, że ta część Wielkiej Brytanii jest dobra by spędzić tam dzieciństwo i przejść na emeryturę i ma rację. Godzina wystarczy aby zobaczyć całe miasteczko bo nie ma w nim nic szczególnego  co sprawia, że można zostać dłużej. Biorę autobus i jadę do St Ives. Zakochałam się bezgranicznie w tym małym ale czarującym miasteczku, które przypomina raczej miasteczko we Francji czy też w Grecji aniżeli w Wielkiej Brytanii. Urokliwe uliczki wypełnione galeriami, drobne sklepiki, restauracje a do tego lazurowa woda! Zanim tu przyjechałam widziałam zdjęcia w internecie i byłam pewna, ze błękitna woda jest efektem Photoshopa. W rzeczywistości woda naprawdę jest błękitna i turkusowa!

St Ives jest świetnym miejscem wypadowym na treking. Spędziłam tam kilka godzin wędrując po szlakach turystycznych. Widoki cudowne! Miejsc wypoczynkowych i hoteli jest zdecydowanie więcej niż w Penzance. Podobnie jak w Penzance tak i tutaj średnia wieku to 70 lat przynajmniej takie miałam wrażenie.

Wstąpiłam do jednego pubu w St Ives i nie mogłam powstrzymać się by nie napić się gorącej czekolady. Jakie było moje zdumienie kiedy dostałam kubek z gorącym spienionym mlekiem i patykiem w środku. Okazało się, że na końcu patyka była belgijska czekoladka, która rozpuściła się w mleku. Hmm człowiek uczy się i zdobywa doświadczenia przez całe życie. Zapach i smak tej czekolady pamiętam jednak do tej pory - była przepyszna!

Biorę wieczorny pociąg z St Ives do Plymouth. Na miejscu jestem o północy. Autobus do Londynu mam dopiero o 1 nad ranem więc robię krótki spacerek po centrum, które jest całkowicie opustoszałe. Docieram do portu przy którym znajdują się puby, kawiarenki i restauracje. Niemalże wszystkie były już zamknięte co nie zmienia jednak faktu, że miejscowość nocną porą spodobała mi się na tyle by tam wrócić. 












środa, 22 kwietnia 2015

Francja: Colmar


Do Colmar można dojechać ze Strasbourga pociągiem. Podróż trwa zaledwie 30 min a pociągi kursują bardzo często. Dotarłam tam oczywiście całkiem przypadkowo. Będąc w Strasbourgu w jednym sklepie przeglądałam przewodnik po Alzacji. Znalazłam w nim zdjęcia właśnie z Colmar. Natychmiast udałam się na dworzec i kupiłam bilet na pociąg.

Chociaż Colmar jest trzecim co do wielkości miastem Alzacji jest stosunkowo mały. Z dworca, który jest stosunkowo mały bo ma jedynie 3 perony bardzo blisko jest do centrum. Wszędzie umieszczone są drogowskazy i nie sposób się zgubić. 

Nie bez powodu Colmar nazywane jest alzacka Wenecja. W mieście jest nawet ''mała Wenecja'' czyli część położona nad kanałami. Kolorowe kamieniczki z małymi oknami i równie kolorowymi okiennicami wyglądają bajkowo. Dla chętnych istnieje możliwość rejsu wzdłuż kanałów. 

W samym centrum miasta znajduje się również synagoga (ostatnie zdjęcie), które została wybudowana pomiędzy rokiem 1839-1842. Jest to jedyna w tym rejonie synagoga, która posiada dzwonnice.










synagoga w Colmar

wtorek, 21 kwietnia 2015

Francja: Strasbourg


Wyjazd do Strasbourga był spontaniczny, jak większość moich wyjazdów. Znalazłam bilet na trasie Londyn - Strasbourg - Londyn za jedyne 17 funtów, wiec byłoby grzechem nie jechać. Szybko zarezerwowałam nocleg i byłam gotowa do wyjazdu. 

Z lotniska do centrum jedzie bezpośrednio pociąg. Dojazd zajmuje 9 min! ( do 4 pociągów co godzinę. Bilet w jedną stronę kosztuje 2,60 euro; można go kupić w automacie). Z tego co pamiętam z żadnego lotniska do centrum miast nie udało mi się nigdy tak szybko dojechać. Nawet jak przylatuje do Poznania dojazd do centrum zajmuje mi więcej czasu.  

Przylatuję póznym wieczorem i od razu idę do hotelu. Miasto sprawia wrażenie bezpiecznego. Nie widzę żadnych pijaków ani bezdomnych.

Następnego dnia zaczynam zwiedzanie. Strasbourg jest urokliwym miastem. Chociaż językiem urzędowym jest francuski to jedzenie, architektura oraz nazwy wielu ulic są typowo niemieckie. Podobnie jak wiele miasteczek i wiosek w Alzacji. 

Nie potrzeba kupować żadnych biletów na autobus bo wszystkie atrakcje znajdują się blisko siebie. Do największych z pewnością należy starówka z charakterystyczna katedra, która jak w przypadku gotyckich katedr nie posiada dwóch ale jedna wieże na która można wejść. W środku katedry zachwycają rozety i ogromny zegar astronomiczny ze śmiercią, która odmierza czas. Legenda głosi, ze twórcy po jego ukończeniu wydłubano oczy aby nie mógł stworzyć niczego równie pięknego.

W pobliżu centrum znajduje się plac po dawnej synagodze gdzie oglądać można fotografie przedstawiające dawną synagogę. 
















czwartek, 9 kwietnia 2015

Amsterdam i ogrody Keukenhof

Amsterdam to jedno z tych miejsc do których lubię powracać. Tym razem moim celem nie była sama stolica Holandii ale ogrody Keukenhof, które słyną z tulipanów.

Dojazd do nich niby prosty ale skomplikowany. Z centrum miasta dojechać trzeba na lotnisko a następnie trzeba wziąć kolejny autobus. Jakby nie można było zrobić jednego bezpośredniego autobusu z centrum.

Ogrody otwarte są od końca marca do połowy maja. Bilet łączony: autobus + wejście kosztuje 28,50 euro. Aby nie stać w kolejce najlepiej jest kupić bilet przez internet.

Nie będę opisywać ogrodów oraz tego ile jest gatunków tulipanów. Powiem jedno - warto to zobaczyć!