czwartek, 9 października 2014

Stany Zjednoczone: San Francisco

San Francisco było moim pierwszym punktem podczas kolejnej wyprawy. Tym razem za cel obrałam zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. W zasadzie ciężko powiedzieć, że to ja obrałam cel bo to cel obrał mnie. Natrafiłam na bilet lotniczy za 225 funtów w dwie strony. Byłoby grzechem gdybym nie poleciała!

W samolocie poznałam Agnes, przesympatyczną Irlandkę, która już od ponad 50 lat mieszka w San Francisco. Udzieliła mi paru wskazówek co do miejsc, które trzeba zobaczyć. Mamy ze sobą kontakt mailowy. Zaraz koło niej siedziała Michelle, dziewczynka, która mieszka pod Londynem i z którą do tej pory mam kontakt. Spotykamy się czasem na sobotnie obiadki :)

Wykończona dotarłam do hostelu. Okazało się, że nie było klucza do pokoju, w którym miałam nocować. Przydzielono mnie zatem do innego. Tam poznałam Pawła- jedną z najbardziej pozytywnych postaci jaką udało mi się spotkać podczas moich podróży! Pawle mam nadzieję, że przeczytasz ten post i że uda nam się spotkać w niedalekiej przyszłości w Vancouver!

Chociaż obrzeża miasta raczej urodą nie grzeszą - są brudne i śmierdzące to centrum miasta jest niesamowite. Aby chodzić po San Francisco trzeba mieć niezłą kondycję. Wiele ulic idzie pod górę co dla niejednego turysty przyzwyczajonego tylko i wyłącznie do samochodu może stanowić problem. Dobrym rozwiązaniem są tramwaje które są stosunkowo niedrogie.

Obowiązkowym elementem pobytu w San Francisco jest podróż najstarszym tramwajem. Przystanek początkowy znajduje się w pobliżu nabrzeża rybaków. Niestety trzeba uzbroić się w cierpliwość bowiem zawsze jest sporo chętnych. Większość turystów kiedy przychodzi już na nich kolej wsiada do środka i ... nie widzi nic. Bowiem oprócz miejsc siedzących ( ludzie siedzą do siebie twarzami) pracownicy tramwaju upychają także turystów, którzy stoją. Efekt jest taki, że osoby siedzące zamiast podziwiać San Francisco oglądają tyłki osób stojących!Przewidziałam to i ustawiłam się koło tramwajarza i widziałam znakomicie całe miasto tak jak na pierwszym zdjęciu w tym poście.

Przed wylotem do San Francisco moja mama zapytała mnie czy będę zwiedzać więzienie Alcatraz. Pewnie nie - odpowiedziałam. NIE??? - spojrzała na mnie ze zdziwieniem i dodała, że przecież będąc tak daleko koniecznie trzeba to zobaczyć. Nie odmówiłam mamie. Bilety kupiłam z wyprzedzeniem przez internet. Miałam szczęście bo gdybym liczyła na zakup biletu na miejscu to przeliczyłabym się. Wszystkie bowiem bilety były wyprzedane na tydzień do przodu.

Po przypłynięciu na miejsce każdy turysta dostaje słuchawki i przenosi się do okresu kiedy Alcatraz funkcjonowało. To co słyszymy to nie tylko suchy opis poszczególnych pomieszczeń i dane statystyczne. To obraz więzienia widziany oczami byłego więznia, który odbywał tam karę. Po zamknięciu Alcatraz został przeniesiony do innego więzienia. O swoim pobycie napisał książkę, którą podpisywał w dniu, w którym zwiedzałam więzienie. Tłumy (nie przesadzam!!!) tursytów zwłaszcza Amerykanów ustawiało się w kolejce by dostać autograf i zrobić sobie z nim zdjęcie! To chyba tylko w Stanach były recydywista może mieć takie wzięcie!

Po "powrocie" z więzienia spaceruję po nabrzeżu rybaków, które jest w bliskim sąsiedztwie promów. Warto pospacerować, natomiast nie warto zatrzymywać się tam obiad gdyż jest to typowo turystyczne miejsce gdzie ceny są o wiele bardziej zawyżone niż w innych częściach miasta.

Udałam się na obiad do Chinatown. Ceny są tam przyzwoite, porcje duże a jedzenie dobre. Jeśli ktoś chce zakupić pamiątki to powinien to zrobić właśnie tam. Wiadomo, że i tak wszystko jest tam "made in China" ale przynajmniej wszystkie souveniry kosztują o wiele mniej niż w innych miejscach. Radzę jednak uważać co się kupuje i nie kupować raczej żadnych sztućców czy też przedmiotów codziennego użytku jak kubki, miski czy też talerze. Na wielu bowiem z nich na odwrocie widniały informacje, że zawierają one szkodliwe dla zdrowia substancje.

















piątek, 12 września 2014

Singapur

Singapur – miasto państwo, które z pewnością trzeba w życiu zobaczyć ale w zupełności jeden raz wystarczy ( przynajmniej jeśli chodzi o mnie) . Jeśli w przyszłości nie będę tam mieć jakiegoś dłuższego postoju to prawdopodobnie celowo tam nie pojadę.

Lotnisko ogromne, nowoczesne i z ogromną ilością sklepów, choć przeważnie ceny w sklepach na lotniskach są wyższe w przypadku Singapuru nie znajduje to potwierdzenia. Ceny albo są porównywalne albo nawet niższe w stosunku do tych w mieście.

Bilet na metro kupuję w automacie. I tutaj pojawiają się pierwsze problemy bo automat przyjmował tylko drobne i musiałam szukać miejsca gdzie mogłabym zamienić większe drobne na mniejsze.

Metro jest bardzo nowoczesne i dobrze rozbudowane nie tak jak w Warszawie! Zaskakują mnie znaczki oznaczające specjalne miejsca. Przeważnie wszędzie widziałam cztery oznaczające osoby niepełnosprawne, starsze, kobiety w ciąży i matki z małymi dziećmi. Tutaj widziałam piąty – symbol człowieka z oznaczonym sercem czyli miejsce dla osób z chorobami serca i ogólnie chorobami wewnętrznymi. I na zachodzie taki znaczek powinien być wprowadzony.

Wysiadam z metra. Upał a w zasadzie wilgotność powietrza tak wysoka, że nie da się czym oddychać. Z trudem łapię oddech. Po paru krokach siadam i odpoczywam bo nie jestem w stanie wcale nabrać powietrza, w dodatku jestem cala mokra. Słyszałam o klimacie jaki tu panuje jeszcze przed przyjazdem ale słyszeć a doświadczyć tego na własnej skórze to dwie różne historie.

Zostawiam bagaże, biorę prysznic i zaczynam zwiedzanie. Idzie z trudem ale powoli przyzwyczajam się do panującego tam klimatu. Swoje kroki kieruję do dzielnicy indyjskiej. Z jednej strony faktycznie przypominała Indie – masa kwiatów, kadzidełek, sklepów z typowymi ubraniami, restauracje z których wydobywały się zapachy kuchni indyjskiej, która jednak nie należy do moich ulubionych i świątynie hinduskie.  Z drugiej strony było zaskakująco … czysto. Nie odpadał tynk ze ścian, nie było krów ani krowi odchodów czy też śmieci na ulicach. Czyli niby Indie ale jednak nie do końca

To właśnie w Singapurze pierwszy raz w życiu byłam w hinduskiej świątyni i uczestniczyłam w pudży. Choć byłam w Indiach to byłam tam tylko w świątyniach sikhijskich,  meczetach i świątyniach buddyjskich. Głównie dlatego, że taką trasę po Indiach obrałam.

Inną częścią odwiedzaną przez turystów jest Chinatown - chińska dzielnica. Nie robi jednak wrażenia. Jest dużo mniejsza niż Little India i w zasadzie składa się głównie ze sklepów z chińskimi pierdołami. Zostaję tam na dłużej bo jest tam sporo barów chińskich a w nich moje ulubione dim sum - chińskie pierożki.

W centrum  Chinatown buddyjska świątynia w której przechowywany jest ząb samego Buddy. Wstęp jest jednak jedynie w wybrane dni. W dodatku trzeba z wyprzedzeniem zapisać się na jego oglądanie z miejscowym mnichem.

To co turystów zadziwia najbardziej jest z pewnością samo centrum pełne biurowców i hoteli. Wśród nich najbardziej znany - Marina Bay Sands - hotel, który na swoim szczycie ma basen. Inne atrakcje to budynek przypominający kształtem kwiat lotusa, największe na świecie diabelske koło i futurystyczny ogród (poniżej na ostatnich zdjęciach).



























czwartek, 11 września 2014

Japonia - Tokio Shibuya i Takeshita Dori


Shibuya jest najbardziej ruchliwym skrzyżowaniem w Japonii. Kiedy wiedziałam już że spędzę trochę czasu w Japonii wiedziałam, że na pewno muszę zobaczyć Złoty Pawilon w Kioto i właśnie owo skrzyżowanie. Tego co dzieje się na skrzyżowaniu w momencie zmiany świateł nie da się opisać -  trzeba to po prostu przeżyć. Wraz ze zmianą świateł tłumy ludzi przechodzą jednocześnie na drugą stronę ulicy ocierając się o siebie i przepychając. Ludzie nawet na siebie nie patrzą są anonimowi. Zależy im jedynie na tym by jak najszybciej przejść na drugą stronę. Samotność - to jest właśnie to czego doświadcza się w dużych miastach. Nie tylko w Tokio ale w żadnym innym miejscu nie czuć tego tak wyraznie.


Niedaleko Shibuya jest Takeshita Dori. Jak je nazwałam – najbardziej odpałowe miejsce w Tokio. Ulica, która jest wyznacznikiem mody dla japońskich nastolatek. To jednak co tam można zobaczyć z jednej strony zaskakuje a z drugiej strony przeraża. Buty na gigantycznych koturnach, przezroczyste spódnice, bluzki z wizerunkami wampirów. Prawdziwe szaleństwo, w którym uczestniczy nie tylko młodzież japońska ale i … rodzice. A ja chodzę, obserwuję i zastanawiam się czy to czasy się tak zmieniły czy ja się już tak zestarzałam, że nawet nie mogę sobie wyobrazić siebie parę lat wcześniej w takich strojach jakie tam były prezentowane…


Szykuję się na pociąg na lotnisko. Jestem na właściwym peronie. Ponieważ część pociągów ma miejsca z rezerwacją całkowitą a część z rezerwacją częściową szukam miejsca w którym zatrzyma się pociąg z wagonami bez rezerwacji miejsc. Rezerwacji nie miałam bo nie chciało mi się czekać w kolejce po numerek miejsca.  Miejsc takich na peronie nie było. Wracam więc do miejsca gdzie stalam na początku. Nagle przejeżdża koło mnie pociąg. MÓJ POCIĄG, którym miałam dotrzeć na lotnisko. Okazało się, że miał tylko dwa wagony, które zatrzymały się na samym początku peronu. Gdybym stała tam gdzie stałam to już bym w nim była, ale przez własną głupotę muszę czekać na kolejny. Okazuje się, że kolejny jest dopiero za pół godziny. Sprawdzam o której mam lot i zaczyna mi się robić słabo bo wszystko na to wskazuje, że spóznię się na samolot. Opcja taksówki nie wchodzi w grę bo raz nie znam numeru, a dwa jedzie dłużej niż pociąg. Czekam i obliczam  ile czasu co mi zajmie. Przyjmuję, że jeżeli dotrę na lotnisko i wepchnę się do odprawy przed wszystkimi to zdążę. A co jeśli nikt mnie nie przepuści? W międzyczasie słyszę, że pociąg jadący na lotnisko objęty jest całkowitą rezerwacją miejsc. Pędzę zatem do kasy po numerek miejsca. Mam jeszcze 10 minut do pociągu. Kolejka nieziemska. Jeśli w niej stanę nie zdążę na następny pociąg. Decyduję się wsiąść i w razie czego udawać głupią, że nie słyszałam komunikatu o rezerwacji miejsc, który chyba był powtórzony 100  razy i zapłacę za miejsce jeśli będzie konieczność. Japonka, która sprawdzała bilet nie robiła żadnych problemów. Jadę pociągiem i zastanawiam się czy zdążę. Pojawia się na monitorze w pociągu rozkład odlotów. Wszystkie loty są na czas tylko mój jest… o 30 minut opózniony. Patrzę i prawie zaczynam płakać. Kolejny raz cudem zdążyłam na samolot i to jaki!!! Na miejscu okazało się, że gdyby nie było opóźnienia to samolot by mi odleciał…



Japonia mnie zachwyciła. Do teraz często wracam wspomnieniami do niej i śmieję się, że okazała się najpiękniejszym przypadkiem turystycznym w moim życiu. Mam nadzieję, że uda mi się tam jeszcze kiedyś powrócić ale jesienią bo ponoć w tym okresie jest jeszcze bardziej bajeczna niż wiosną.