wtorek, 27 stycznia 2015

Węgry: Budapeszt

Do Budapesztu wybrałam się zimową porą z kilku powodów. Nie lubię turystów, a w styczniu mało kto się tam wybiera, miałam dużo czasu wolnego i natrafiłam na tani bilet. 

No lotnisku kupuje się łączony bilet: autobus+metro, którym dojedziemy do centrum. Nie sposób się zgubić. Autobusem dojeżdża się do samego końca następnie przesiadamy się na metro. Wszelkie mapki metra i mapy miasta bezpłatnie można pobrać na lotnisku. Metro wygląda na bardzo stare ale po chwili zaczynam się sama do siebie uśmiechać. No tak może jest i stare ale kilka linii metra działa w przeciwieństwie do o wiele większej Warszawy gdzie nadal jest tylko jedna linia.

Wysiadam na stacji Deak Ferencter. Idę na piechotę do Parlamentu. Ku mojemu zaskoczeniu wszędzie gdzie nie spojrzę żółte taksówki - wow prawie jak w Nowym Yorku! 

Docieram do budynku Parlamentu. Mam szczęście, nie ma żadnych kolejek tylko dwie zorganizowane grupy. Bilety kupuje się na określoną godzinę. Wstęp jest tylko i wyłącznie z przewodnikiem, który oprowadza w różnych językach. Udało mi się dołączyć do grupy z Hiszpanii. Pierwszy raz w Europie spotkałam się, że osoby z Unii Europejskiej płacą za bilet mniej. Konieczne jest jednak pokazanie dowodu podczas zakupu. Dla tych, którzy się zastanawiają czy wejść czy też zostawić pieniądze na zwiedzanie czegoś innego mogę zdecydowanie powiedzieć że warto kupić bilet.

Budapeszt jest miastem, które można zobaczyć w całości w ciągu 2-3 dni. Jakby się jednak uprzeć to jeden dzień wystarczy nawet by pochodzić po uliczkach i zwiedzić najważniejsze zabytki miasta. 

Dla miłośników kultury żydowskiej Budapeszt jest prawdziwym rajem. To właśnie tutaj znajduje się największa w Europie synagoga, które może pomieścić 3000 osób oraz trzecia na świecie pod względem wielkości zaraz po synagodze w Jerozolimie i Nowym Jorku. Oprócz niej znajdują się także inne: sefardyjska pochodząca z 1364 roku oraz ortodoksyjna na tyłach której znajduje się chupa, pod którą zawierane są małżeństwa. Sama dzielnica wypełniona jest także żydowskimi kawiarniami, restauracjami i sklepami.   

To co mnie zachwyciło to kuchnia węgierska. Do dnia dzisiejszego mam w ustach smak zupy grzybowej z serem, placków ziemniaczanych i słodyczy, które tam jadłam. 

Może Budapeszt nie jest tak magicznym miastem jak niektóre europejskie metropolie ale z pewnością jest wartym zobaczenia.  Coraz częściej można znależć także w korzystnej cenie połączenia z Budapesztu do Azji warto zatem skorzystać z okazji i odwiedzić to miasto. 













   w tle ortodoksyjna synagoga na ulicy Kazinczy


 
żydowska chupa pod którą zawierane są małżeństwa

budynek Wielkiej Synagogi
Miałam taką samą skarbonkę pieska jak byłam dzieckiem :)

wtorek, 13 stycznia 2015

Hiszpania: Barcelona

Barcelona jest miastem do którego uwielbiam powracać. Nie tylko dlatego, że jest to miejsce, w którym nie można się nudzić ale może dlatego, że było to pierwsze miasto do którego sama pojechałam. Od czasu kiedy byłam tu pierwszy raz a było to prawie 14 lat temu wiele się zmieniło. Moim zdaniem na lepsze. Sprawniejsze i częstsze połączenia z lotniska do centrum, drogowskazy do atrakcji turystycznych to tylko nieliczne udogodnienia, które sprawiają, że turyści bez problemu odnajdą się w tym mieście. 

Z lotniska w Barcelonie co 5 minut odjeżdża Aerobus czyli autobus, którym można dojechać do centrum czyli do Plaza Catalunya. Podróż trwa zaledwie 35 minut. Stamtąd można ruszyć na piechotę ( tą formę zwiedzania najbardziej polecam) lub przemieszczać się metrem. 

Inną ciekawą i równie dobrą opcją dotarcia do Barcelony są autobusy z Girony, do której latają samoloty. Jeśli ktoś tam przyleci warto aby zatrzymał się na jeden dzień. Mam nadzieję, że kiedyś Gironie poświęcę osobny post bo miasteczko jest warte zobaczenia. W skrócie Girona jest małym średniowiecznym miasteczkiem z kolorowymi domkami położonymi nad rzeką Onyar i z bardzo dobrze zachowaną dzielnicą żydowską. 

Barcelona to przede wszystkim Gaudi, którego jestem ogromną fanką. Pamiętam czasy kiedy wstęp do Parku Guell był bezpłatny. Obecnie bilet wstępu kosztuje 8 euro (7 przy zakupie przez internet). Żaden turysta jednak będąc w Barcelonie nie powinien żałować pieniędzy na bilet bo jest to coś co trzeba zobaczyć chociaż raz w życiu. Podobnie jak jego dwa najsłynniejsze domy: Casa Batllo i Casa Mila położone na tej samej po przeciwnych stronach ulicy. O Sagrada Familia nie wspomnę. Chociaż cena biletu by zobaczyć wnętrze powala prawie każdego turystę na kolana to jednak warto tu przyjść aby zobaczyć plac przed kościołem i samą fasadę. 



















środa, 15 października 2014

Stany Zjednoczone: Los Angeles

Los Angeles - miasto aniołów? 
Z całą pewnością nazwa miasta nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.  Miasto już na wstępie nie zachwyca. Okolice dworca autobusowego są brudne i śmierdzące. W powietrzu unosi się zapach a w zasadzie fetor moczu. Ludzkich odchodów też nie brakuje! Co jakiś czas spod kartonów wyłania się bezdomny. Ścisłe centrum też nie wygląda zachwycająco. W sumie Los Angeles okazało się najbrzydszym miastem jakie widziałam w USA i jednym z najbrzydszych na świecie. 

Ponieważ czasu mam sporo idę na piechotę do Hollywood. Z dworca autobusowego to jakieś 3h na piechotę. Ulice są nudne, brudne i monotonne. Wszędzie dominuje szary kolor. Gdyby nie to, że co jakiś czas na budynkach wiszą kartki z informacjami, że będzie kręcony film to nawet nie wiedziałabym, że jestem w LA. W dodatku wszędzie słyszę język hiszpański zamiast angielskiego co tylko pokazuje jak wielu jest tam imigrantów zwłaszcza z Meksyku. 







Idę spacerkiem wzdłuż Melrose Avenue. Nagle widzę jakiś budynek a przed nim figurka ubranego kościotrupa z różańcem w ręce i bukietami kwiatów dookoła. Moje pierwsze skojarzenie było takie, że ludzie zaczynają przygotowywać się do Wszystkich Świętych ponieważ był to prawie koniec pazdziernika. Zwłaszcza na myśl przyszły mi obchody tego dnia w Meksyku. 

Podchodzę bliżej. Nie byłabym sobą gdybym nie zajrzała przez okno do środka budynku. To co jednak zobaczyłam sprawiło, że chyba pierwszy raz w życiu ugięły się pode mną nogi!!!To była świątynia Santa Muerte czyli Świętej Śmierci (zdjęcia poniżej). Dookoła ołtarza umieszczone były naturalnej wielkości ubrane kościotrupy. Patrzę i nie dowierzam. Nagle nie wiadomo skąd pojawił się mężczyzna w długim czarnym habicie z kapturem na głowie i figurką Santa Muerte w ręce. Sam wyglądał jak śmierć. Nie wiem jak to zrobiłam ale w ułamku sekundy nagle znalazłam się parę przecznic dalej!  

W całych Stanach są jedynie dwie. Jedna w San Francisco i druga w Los Angeles na którą natrafiłam przypadkiem. Zaskakujące bo będąc w Meksyku i to stosunkowo długo nie natrafiłam na ani jedną taką świątynię. 





Na Melrose Avenue znajduje się studio filmowe Paramount. Nie kupiłam biletu z wyprzedzeniem ale bez problemu udało mi się doczepić do grupy i kupić go na miejscu. Nie polecam! Zmarnowany czas i wydane pieniądze i to nie małe! Przewodniczka opowiada historię studia zabiera nas na małą przejażdżkę i tyle. Nie można nawet wejść i zobaczyć jak wygląda studio filmowe.





Na tyłach studia filmowego znajduje się ogromny cmentarz żydowski. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam cmentarz żydowski gdzie na prawie każdym nagrobku oprócz Gwiazdy Dawida jest zdjęcie zmarłej osoby. 



Muzeum Psychiatrii to natomiast najlepsze miejsce w całym Los Angeles i jedno z najlepszych muzeów jakie na świecie widziałam o podobnej tematyce, w dodatku za darmo. Spędziłam tam prawie 3h oglądając filmy i czytając plansze. Niestety w środku nie można robić zdjęć.



Ostatnim punktem był Hollywood Blvd, ulica na której znajdują się gwiazdy z nazwiskami aktorów, reżyserów i piosenkarzy. Słynna "aleja gwiazd" to długa ulica gdzie znajduje się mnóstwo sklepów z tandetnymi pamiątkami ( dominują w nich figurki Oscara), kioskami z gazetami i hot - dogami. W dodatku wszędzie brud! W niczym nie przypomina alei gwiazd w Cannes czy też w Hong Kongu. 

Hollywood - napis, który jest tak znany również nie robi szczególnego wrażenia. Żeby do niego dotrzeć trzeba wykupić wycieczkę. Turystom indywidualnym wstęp zabroniony pewnie dlatego, że mieszkają tam sami milionerzy i istnieje ryzyko, że mógłby wtargnąć jakiś szaleniec. Jak powiedział mi Paweł, chłopak, którego poznałam wcześnie w San Francisco po drodze podziwia się domy się domy celebrytów. W zasadzie nie tyle domy co bramy i śmietniki, które są przed nimi ustawione bo domów praktycznie nie widać. Nie interesują mnie domy czy też tym bardziej śmietniki celebrytów. Wolę przeznaczyć pieniądze na coś innego.

Zmęczona i zawiedziona chcę wrócić do Los Angeles i przespać się. Chcę kupić bilet na metro. Sytuacja jest jednak trudniejsza niż myślę. Pojedynczych biletów kupić się nie da. Trzeba mieć specjalną kartę, którą kupuje się w specjalnych kioskach. Mając ją dopiero wtedy można kupić bilet. Z pomocą przyszła mi pewna pani, która mając dwie karty jedną mi ofiarowała. 





Wysiadam w centrum z którego mam już blisko do hotelu. Odwiedzam Little Tokyo czyli japońską dzielnicę, która dla mnie okazała się najciekawszą częścią miasta bo oprócz japońskich sklepów i restauracji są również świątynie japońskie, podobne do tych które widziałam w Japonii. 


W nagrodę po trudach dnia widzę bajeczny zachód słońca i widok na miasto, który często pojawia się w amerykańskich filmach. 

Padnięta docieram do hotelu. To był mój pierwszy pobyt w LA i z pewnością ostatni. Następnego dnia rano biorę autobus i jadę do Santa Ana