Mellah to w Maroku określenie żydowskiej dzielnicy. Zapewne niewiele osób wie, ze do dnia dzisiejszego funkcjonuje tam kilka gmin żydowski. Do największych należą te w Fezie, Casablance i w Marrakeszu.
Razem z Hiszpanami, których poznałam dzień wcześniej natrafiliśmy na lokalnego przewodnika. Zapytałam się czy może nam wskazać drogę do Mellah. Tak, mogę - odpowiedział i po chwili zapytał się czy jestem Żydówką. Nie, ale znam hebrajski odrzekłam. Spojrzał na mnie raz jeszcze i dodał: hebrajski i arabski to podobne do siebie języki ale ludzie posługujący się nimi są zupełnie inni. Uśmiechnęliśmy się do siebie porozumiewawczo wiedząc o co chodzi.
Chociaż przewodnik powiedział jak mamy iść to z trudem dotarliśmy do synagogi. Z trudem bo nie było żadnych drogowskazów, miejscowi nie potrafili nam wskazać drogi, wszystkie uliczki były podobne a zakrętów, które mieliśmy pokonać była cała masa.
Synagoga sefardyjska ( Żydzi pochodzący z Maroka nazywani są Żydami sefardyjskimi w przeciwieństwie do aszkenazyjskich czyli tych zamieszkujących Europę wschodnią i środkową; nie będę się rozpisywać na temat różnic ale jeśli ktoś chciałby wiedzieć coś więcej to zapraszam do kontaktu) znajduje się we wnętrzu riadu. Dla tych co nie wiedzą riad jest rodzajem marokańskiego domu w środku którego jest wewnętrzny ogród albo dziedziniec dający ochłodę w upalne dni. Z takiego właśnie dziedzińca wchodzi się do synagogi. Ta w Marrakeszu nazywana jest także błękitną ze względu na dominujący kolor niebieski.
Do synagogi wpuszcza nas Żydówka mówiąca po hebrajsku. Wstęp jest niby bezpłatny ale do koszyka daje się "co łaska" a kobieta stoi i czeka aż coś się wrzuci. Synagoga mała ale miała swój urok. Dla Hiszpanów był to pierwszy pobyt w synagodze tym niemniej szczęśliwa byłam, że mogłam im opowiedzieć o tym czym jest synagoga i z czego się składa.
Nieco dalej znajduje się cmentarz żydowski. Nieco dalej nie znaczy, że dwie minuty od synagogi. Może i nawet byłyby to dwie minuty ale my nie znaliśmy drogi. Żydówka, która była w synagodze gdzieś przepadła i mogliśmy liczyć tylko na siebie. Hiszpanie zrezygnowali po 15 minutach. Ja dalej usilnie szukałam drogi bo nie wyobrażałam sobie by nie zobaczyć tego miejsca i by nie zrobić paru zdjęć. Udało się dotarłam po prawie 40 minutach!!! Cmentarz był ogromny i zupełnie inny w porównaniu do cmentarzy żydowskich, które miałam okazję widzieć. Otoczony wysokim czerwonym murem i potężna brama stanowi część działającej gminy żydowskiej.
O ile na nagrobkach aszkenazyjskich można natrafić na symbole nagrobne takie jak: menora, książka, puszka czy też zwierzęta oznaczające osoby, które są pochowane (np. menora jest symbolem grobu kobiety, zwierzęta mogą oznaczać cechy charakteru lub nazwiska osób) o tyle na nagrobkach sefardyjskich symboli nie ma. Ja przynajmniej nigdy się z nimi nie spotkałam a sporo na ten temat wiem. Jedynie na najnowszych występuje symbol gwiazdy Dawida. Na większości z nich niewidoczne są jakiekolwiek inskrypcje. Trudno nawet określić czy w danym miejscu pochowana jest kobieta czy tez mężczyzna. Ma się wrażenie jakby spacerowało się wśród kopczyków a nie grobów. Wyjątek stanowią współczesne nagrobki zawierające inskrypcje pochodzące najczęściej z Tory oraz imię i nazwisko zmarłego.
Przy wyjściu znajduje się zbiornik z woda do obmywania rak. Cmentarz bowiem w judaizmie jest miejscem nieczystym i po wyjściu należy obmyć ręce.
Spaceruję jeszcze przez chwilę i wracam na główny plac by spotkać się z Hiszpanami.
cmentarz żydowski
zbiornik do obmycia rąk
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz